Prawo. I nieporządek.
Płacz mnie rusza. Prawo do niego. I mozolna droga do odzyskania tego prawa. Przez lata mojego małżeństwa zostałam wytresowana, żeby z płaczem ukrywać się najgłębiej. By uniknąć wściekłych zarzutów, że to kiepski szantaż emocjonalny. By nie został wykorzystany przeciwko mnie, będąc przecież rozpoznawalną oznaką słabszej chwili. W sam raz na atak. By nie było szyderczego śmiechu, że jak na modelową łzawą idiotkę przystało - wzruszam się na "pstryk". Łkałam nocami na podłodze w łazience w najgrubszy ręcznik, by BM nie słyszał. Albo godzinami w pustym domu, wieczorami, gdy wyjeżdżał w delegacje. Chcę móc płakać nie po kątach. Chcę płakać, gdy jest mi smutno - a Tobie w tej samej chwili nie - i nie chcę zniecierpliwienia i irytacji, że to szantaż emocjonalny. Bo to tylko ujście ciężkich, nie zawsze złych emocji, które nie mogąc tak ujść zaburzają porządek wciągając w końcu w otchłań depresji. Chcę płakać i być tuloną bez pytań. Chcę wsparcia w takich chwilach, nie potępienia...